Archiwum kategorii Publicystyka

“Zwierzęci” part 1.

Posted in Publicystyka tagi , , , on listopad 25, 2007 by mistyfikacja

Kiedy Ateista staje się Ateistą, jest już po długich rozmyślaniach nad ludzkością, jej drogą do obecnego stanu, oraz tym, jakby to było gdyby nie było Boga w świadomości narodów. Nie jest ważny wynik rozmyślań, ważne że takowe są.

Aha… Wybaczcie że będę przedstawiał wszystko w postaci pewników, ale nie chce mi się za każdym razem pisać “według mnie”.

Człowiek jest wynikiem ewolucji. Kształciła go ona w taki sposób, żeby miał jak największe szanse przetrwania. No cóż… wtedy głównym problemem każdego stworzenia (w tym i człowieka) było to żeby przetrwać. Być może teraz ludzie różnią się tylko tym od zwierząt… ale o tym później.
Rozpatrując kwestię przetrwania, łatwiej jest korzystać generalnie z przykładu jakiegoś zwierzaka. Takie coś, żeby przetrwać, musi znaleźć żarcie (upolować, wykopać, wyhodować, ukraść… cokolwiek), a następnie zeżreć samemu, bo jak przylecą wszyscy do okoła to co mu zostanie? Płacz i zgrzytanie zębów. Następnie musi znaleźć partnerkę i ją zapłodnić. Tu kwestia instynktu. Bo w sumie do przeżycia mu to potrzebne nie jest, ale jego istnienie musi mieć jakiś sens – choćby taki, żeby dać kolejne istnienie.

Tak czy siak, chodzi mi o to że takie zwierze musi być egoistą. I to takim do spodu, bo inaczej sobie nie pożyje. Wyobraźmy sobie, że jest stado antylop. Urodziło się niedawno małe antylopiontko z jakąś chorobą i zbyt powoli rośnie. Nagle na stado napada kilka lwic. Kogo atakują? Najsłabszego… Ale nagle zza krzaków wyskakuje silny źrebak i uwagę lwic zwraca na siebie (dodajmy że robi to z premedytacją). One atakują jego, zostawiając cherlaka w spokoju. Silny źrebak ginie, ale za to słaby jest żywy.
I teraz są dwie możliwości:
1. Cherlak uchodzi z życiem i wszystko fajnie pięknie, dopóki następnego dnia nie napadną znowu drapieżniki i tym razem albo znowu ktoś nie odda życia za niego, albo po prostu skończy się jego marny żywot. Jeśli więcej jednostek oddaje życie za słabszych – stado w niedługim czasie pada całkowicie.
2. Cherlak uchodzi z życiem i po doświadczeniu heroizmu przyjaciela, przechodzi całkowitą wewnętrzną przemianę. Staje się zdrowy, silny, inteligentny i w ogóle full wypas. Przekazuje geny dalej. I tak jest z paroma innymi z pozoru słabymi jednostkami. W niedalekiej przyszłości stado rozrasta się i dokonuje niesamowitych rzeczy.

Która z możliwości jest bardziej prawdopodobna i jak bardzo?

W lipcu bieżącego roku, do zastanowienia się nad tym, zmusił mnie znajomy, który twierdził, że druga możliwość jest bardzo prawdopodobna.

Wróćmy do ludzi. Człowiek też musiał być egoistą żeby przetrwać. Jego głównym problemem też było to, czy dożyje jutra. A bądźmy szczerzy… ewolucja jest wolniejsza niż postępy cywilizacyjne. Dlatego dzisiaj, człowiek wciąż jest pierdolonym egoistą. Każdy.

A tak w ogóle to nie ma egoizmu :D Pojęcie egoizmu to wymysł ludzki, którym się gardzi. Zwierzęta nie są egoistyczne, po prostu muszą przetrwać w jakiś sposób. I ten sposób ciągle siedzi w człowieku. Więc jak to się stało, że egoizm jest be?

To pycha. W pewnym momencie człowiek stał się za silny. Zaczął się szybko rozwijać… Okazało się że nie wystarczy być bardzo silnym… lub bardzo szybkim… lub bardzo inteligentnym… trzeba być wszystkim po trochu, bo wtedy poszczególne straty są mniejsze i łatwiej je odrobić i człowiek był taki. A żeby się wywyższyć, poczuć się za lepszego, postawić na piedestale gatunków, stworzył sobie moralność, etykę, Boga… od tego momentu mówimy o człowieku jako o Człowieku… homo sapiens sapiens, a nie jako jednym z wielu gatunków zwierząt.

Człowiek postanowił być lepszy od zwierząt, więc nie mógł być zwierzęciem, dlatego wyrzekł się tego co zwierzęce i uznał to za złe. A to co nie jest zwierzęce za dobre. Teraz mamy, egoizm – zły, rozwiązłość seksualna – złe, brak wdzięczności – zły. Pomoc słabszym – dobra, no i dobre są rzeczy związane czysto w wypieraniem się zwierzęcości… Ostatecznie, to zrobił się anty przez co głupi i wszystkie zasady tylko na opak. Łatwo przewidzieć że to może prowadzić tylko do katastrofy… Tak… uważam że kiedyś ludzkość się sama wykończy.

Na dzisiaj tyle. Powyższych poglądów nie udało mi się zakwalifikować w jakieś bliższe ramy (najbliżej im do satanizmu, więc i mnie w moich poglądach do satanisty, jednak nie uważam się za satanistę, bo oni są amoralni, a ja nie potrafię i właściwie nie chcę, bo moja chrześcijańska moralność wyniesiona z domu wciąż uważa siebie za jedyną słuszną i w niej samej nie czuję potrzeby jej zwalczania), więc osobom je uznającym nadałem nazwę “zwierzęci”. Ja jestem zwierzętą. Pewnie będę miał jeszcze coś do powiedzenia na temat moralności, lub egoizmu, albo rozkładu cech u człowieka, albo o różnicach między ludźmi a resztą zwierząt, dlatego nadałem temu wpisowi podtytuł “part 1.” Czekajcie na ciąg dalszy. ;)

Arbeit macht frei

Posted in Publicystyka on październik 15, 2007 by mistyfikacja

Że niby nie? Może dla Ciebie nie, ale dla mnie – owszem.

Na dodatek praca, która nie prowadzi bezpośrednio do osiągnięcia moich życiowych celów. Ot tak… fizyczna dla przykładu. Muszę coś robić, dla robienia, bo w innym przypadku mam piorunujące wrażenie że marnuję czas. Każda sekunda twojego życia, jest częścią twojej prywatnej historii, więc sorry…

Tymczasem zastanawiałem się dlaczego tak jest… i właściwie to chyba wychowanie. Rodzice od urodzenia wpływają na mnie w ten a nie inny sposób. Ciągle słyszę, że tylko ciężką pracą można do czegoś dojść. I powstało we mnie takie coś, co nie pozwala mi się lenić… Czuję że wiek w którym się znajduje wymaga ode mnie biegu. Nie mogę stracić ani chwili, bo potem zostanę w tyle. Tylko rzucając się w wir pracy, zdobędę poczucie że coś się udało.

Heh… człowiek umiera z wrażeniem niespełnienia tak czy siak. Zawsze można było zrobić coś lepiej. Zrobić więcej dla siebie, dla innych, dla świata. Może więc lepiej jest czerpać przyjemność?

Teraz widzę jeszcze naturalnie to, że rzeczywiście trzeba pracować. No bo trzeba. Tylko nienaturalne jest to że muszę pracować żeby osiągnąć spokój. Praca => byt materialny. Przynajmniej w takim sensie w jakim ja ją pojmuję. Rozwijanie siebie dla rozwijania, dla przyjemności, to nie praca, to przyjemność, to sens.

Właściwie to mam zamiar pracować i pewnie będę pracował, do momentu w którym osiągnę stabilizację materialną. Potem będzie można stabilizować życie, nerwy, nadzieje. Usiądę na werandzie przed domem w niedzielny poranek, z kawą w dłoni, z “charakterami” na kolanach i z poczuciem, że kilka metrów stąd jest ktoś kto mnie potrzebuje. Wtedy będę mógł się zająć sobą.

Jednak na razie muszę pracować :P Zabawne, że jeśli komuś nie wtłuczesz, że musi pracować, to nie będzie czuł takiej potrzeby. A niepokój lenistwa niesie się pokoleniami.

Ps. A tak w ogóle to w końcu poszedł na drugą stronę ten beznadziejny wpis: “Prywatny subiektywizm” :P Okropny jest. Tymczasem dziennik się rozwija i jest ok. A dzisiaj nieźle popłynąłem. Tak się powinno pisać :D

Pewność – o nim opinia.

Posted in Myśli, Publicystyka on maj 18, 2007 by mistyfikacja

Chyba mamy to już w naturze, że musimy się ustosunkować do czyjegoś wyglądu, poglądów, czynów, decyzji, idei itp. Dlaczego? Chyba ceni się osoby z własnym zdaniem. Dlatego z rozbiegu oceniamy wydarzenia, zachowania, innych ludzi.

No i co z tego?

Wydaje mi się że mechanizm wyrabiania sobie opinii o kimś wygląda następująco. Obraz (subiektywny, ukształtowany przez nas) zachowań i poglądów (oraz tego co ktoś mówi) innej osoby, nakłada się na szkielet własnej moralności i sprawdza się czy wszystko pasuje. Jeśli tak – zgadzamy się, zaczynamy tę osobę lubić. Jeśli nie – no to nie, zupełnie nie rozumiemy tej osoby, wydaje nam się że jej zachowanie jest dziwne. Czasami śmieszne, czasami sztuczne – nienaturalne. Uważamy że ta osoba jest niedojrzała, lub że to szpaner, lub dziwak, albo jeszcze coś innego…. i zazwyczaj mamy rację. Ale jeśli wiemy tyle, to to nam wystarcza.

Sam często osądzałem, jednym zdaniem potrafiłem określić każdą nowo poznaną (lub niepoznaną) osobę. Dobrze było dostać lekcję pokory. Teraz razi mnie po prostu w oczy, jak ktoś bezprecedensowo określa ludzi, masowo generalizując. A to skejci to idioci, emo – dzieci z bogatych rodzin, którym się w główkach poprzewracało, a metale to brudasy.

Może to nie ich wina, że mają inny system wartości niż inni.

Tutaj wracam do swojego poglądu w którym mówię, że od siebie samego bardzo mało człowiek zależy. Do 3 roku życia praktycznie wszystko w naszej psychice zależy od naszych rodziców i rodzeństwa, potem zaczyna się wpływ szerszego środowiska, ale to dalej najbliższa rodzina jest głównym czynnikiem kształtującym osobowość. Dopiero w okresie dojrzewania przestaje człowiek być od nich zależny, a zaczyna od znajomych.

Pewnie ktoś mi zarzuci że próbuję jakoś usprawiedliwiać patologię, czy coś, ale trudno. Wg mnie społeczność, jest już ukształtowana przez poprzednią społeczność, i będzie kształtować kolejną. Wszystko stworzy się samo.

Ja, w każdym bądź razie, już nie patrzę na dziewczyny w stylu Barbie z pogardą…

Kto ustala znaczenia pojęć?

Posted in Publicystyka on marzec 24, 2007 by mistyfikacja

Problem codzienny, pojawia się w praktycznie każdej rozmowie, z tym, że w większości nie zwraca się na niego uwagi z powodu ignorancji, lub po prostu uproszczenia (osoby dostrzegające problem, zazwyczaj upraszczają sobie rozmowę, dopuszczając możliwość niecałkowitego zrozumienia swojego rozmówcy – tak jest po prostu łatwiej).

Najprostszy przykład? Chyba każdy z nas rozmawiał o miłości (pomijając fakt, zazwyczaj rozmawiając o miłości, rozmawia się o znaczeniu tego słowa dla rozmawiających), a dla każdego to pojęcie znaczy coś innego. Może nie w całości, ale na pewno są takie uczucia, które dla jednych są już miłością, a dla innych jeszcze nie. Takich pojęć jest mnóstwo i zazwyczaj określają one najprostsze rzeczy w życiu.

Właściwie to normalnie nie ma problemu. Każdy ma pojęcia skonkretyzowane w podświadomości i podświadomie wie, kiedy coś można opatrzyć jakimś określeniem, a kiedy nie. Problem pojawia się w momencie konfrontowania prywatnego znaczenia pojęcia, ze znaczeniem innej osoby. Bo trzeba wiedzieć że ile ludzi, tyle teorii na temat czegokolwiek. Ileż to konfliktów, kłótni i nieporozumień, wynikających z niezrozumienia systemu przydzielania określeń do części rzeczywistości, sprawiło że odechciało mi się rozmawiać na jakiś temat. Właściwie to ostatnio coraz częściej tak się dzieje. Ludzie kłócą się ze sobą, a potem okazuje się że ich wypowiedzi traktowały o czymś zupełnie innym. Niektórzy nie potrafią, lub nie mają czasu tego zrozumieć (“jak to? przecież rozmawiamy o przyjaźni?”). Szlag mnie trafia, gdy widzę poważne rozmowy, kiedy ktoś próbuje uświadomić inną osobę, że myli się, nazywając coś właśnie tak, a nie inaczej.

Cóż więc robić? Przed rozmową o czymkolwiek dokładnie dowiadywać się co czym nazywamy, a co czym nie? Czy może ujednolicić prywatne znaczenia pojęć? (niezły pomysł, niestety nierealny)

Wg mnie wystarczy przyjąć, że ktoś może mieć na coś, co my nazywamy tak samo jak parę innych rzeczy, zupełnie inne określenie (i vice versa). To powinno załatwić sprawę, bo z taką świadomością mamy odpowiedni dystans do wypowiedzi naszego rozmówcy. Ale o dystansie do wypowiedzi innych – innym razem.

Wszelkie podobieństwo tytułu wpisu, z tytułem artykułu Tomasza Maruszewskiego z grudniowego numeru “Charakterów” 2006 przypadkowe. Autor porusza tam ten sam problem, tyle że w trochę inny sposób. Mówi ogólnie o “pojęciu” w bardziej ogólnych kryteriach. Ja skupiłem się na codzienności.