Ostatnio dość często zaczynam się łapać na tym że odczuwam chwilowe poczucie szczęścia. Zatrzymuję się, patrzę z boku na sytuację w której się znajduję i dochodzę do wniosku że w tym momencie niczego więcej mi nie potrzeba. Czyli moja definicja szczęścia jest spełniona. Nie ulegnij wrażeniu że to jakieś wesołe chwile, jedno z drugim ma akurat mało wspólnego, po prostu czuję, że za kilka lat, wspominając tą sytuację pomyślę że, kurcze fajnie było…
Właściwie to nostalgia mi się w nich podoba chyba…
Zupełnie nieciekawie jest, kiedy człowiek zaczyna uważać się za nędzniejszego od robaka. Kiedy coś, co kształtuje jego hierarchię wartości i warunkuje zachowania, staje się jasne i oczywiste, a delikatnie mówiąc – nie może być powodem do dumy. Na dodatek to jest niezależne od niego, lecz od błędów najbliższych w przeszłości. Jest jakie jest i bez pomocy nie może się zmienić.
Kurwa.
[tutaj było hasło, którego się wstydzę i dlatego go tu teraz nie ma]
Tytuł wpisu został zainspirowany hasłem, które wpisał ktoś w google, po czym trafił tutaj… Hasło jest bez sensu… Jak rozmawiać o miłości? no jak? A poza tym, jaki to ma związek ze mną? Szlag by to jasny!